hejt w internecie Blush by Lara A

Powolutku, stopniowo przyzwyczajamy się do hejtu – który psychologowie rozpoznają jako zwykłą przemoc – w Internecie i wokół nas. Tak w nim siedzimy, aż, jak żaba z eksperymentu z wrzątkiem, niezauważalnie się ugotujemy. Jakie szkody wyrządza nam internetowy hejt? Czy jesteśmy tylko jego ofiarami, czy może sami go tworzymy i nakręcamy? Co każe ludziom hejtować i dlaczego właśnie ten typ przemocy – jak zresztą każdy – jest zupełnie bez sensu?

Przypowieść o żabie: żaba, wrzucona do wrzątku, chce ratować życie i natychmiast z niego wyskoczyć. Ale już wrzucona do garnka z zimną wodą, czuje się znakomicie. Kiedy zaczniemy stopniowo podgrzewać garnek z wodą (i żabą), żaba będzie stopniowo przyzwyczajać się do rosnącej temperatury, aż ugotowana umrze. Tak samo jest z nami: powolutku przyzwyczajamy się do hejtu – który tak naprawdę jest przemocą – w Internecie. Aż się niezauważalnie ugotujemy w zalewie nienawiści.

PRZEMOC JEST NIEWIDZIALNA

Nie trzeba być (obrzucanym codziennie błotem) celebrytą ani politykiem, żeby jej doświadczyć. Partycypujemy w niej wszyscy – udzielając się pod postami i artykułami w internecie, ale i na ulicy, czytając artykuły prasowe, teksty publicystyczne, poranne rozmowy w radio i debaty w telewizji. Sama doświadczyłam hejtu:. Sprawca, który rozdawał obelgi z całkowitą pewnością racji, był bardzo z siebie dumny. Nie żywię urazy, jedynie boleję nad stanem duszy.
 
„Hejt” wszedł nam w nawyk tak bardzo, że już go nie zauważamy. Mylimy go ze zwracaniem komuś uwagi (całkowicie słusznym, prawda?), wyrażaniem opinii (do czego mamy pełne prawo), a nawet z ironicznym dowcipem. Gotujemy się w nim jak żaba, która wrzucona do zimnej wody, aż do śmierci we wrzątku nie wie, że jest w garnku. Po drodze wcale nie dostrzegamy, jak powoli i nieubłaganie hejt, a wraz z nim nieodłączny brak miłości bliźniego po prostu niszczy nam życie.

JESTEM OFIARĄ HEJTU

Jestem ofiarą hejtu. Jesteś ofiarą hejtu. Tak. Jeśli czytasz ten tekst, to oznacza, że jesteś częścią świata globalnej komunikacji, w którym komunikacja pełna gniewu/agresji/niechęci/nienawiści oraz wszelkiego typu obraźliwych treści jest powszechna i dostępna jak powietrze. Tymczasem obelgi i przekleństwa to, według wszystkich zasad psychologii – PRZEMOC. Ta wiedza to „klasa 1” każdej terapii psychologicznej, w trakcie której początkujący uczeń (pacjent) nabywa umiejętność rozpoznawania przemocy i nazywania jej wprost, po imieniu.
Z początku rozpoznanie przemocy jest trudne. Dlatego, że do jej drobnych, codziennych znamion jesteśmy przyzwyczajeni. Do argumentów ad personam, wzajemnego podszczypywania, wreszcie – do obelg. Przestajemy odróżniać otoczenie zdrowe i korzystne od toksycznego i niszczącego.


Nawet, jeśli osobiście nie jesteś celem ataków, to sam fakt, że uczestniczysz w wymianie informacji czyni cię odbiorcą hejtu. Dociera do Ciebie – chcąc nie chcąc – całe jego zło. Bo hejt to zło. Nic dobrego. Niektórym z nas wydaje się, że ten powszedni, można powiedzieć, „zwyczajowy” hejt ociera się jedynie o skórę, mija nas, odbija się i prześlizguje, nie czyniąc nikomu prawdziwej krzywdy. Ale to nieprawda. Powie Wam to każdy psycholog. Codzienny kontakt z nienawiścią odbiera poczucie wartości, niszczy podskórnie, pozbawia szacunku dla samego siebie, niszczy obie strony, długofalowo degraduje i nieodwracalnie wypacza relacje międzyludzkie. Może prowadzić do większych strat, na poziomie prywatnym (depresja, zamknięcie w sobie, spadek efektywności w pracy i życiu osobistym) i globalnym (spadek wiarygodności informacji, zagrożenie dla wolności mediów, wojny).
 
A ponieważ większość z nas nie zna dobrze zagrożeń ani mechanizmu przemocy, zacznijmy, jak w każdej grupie terapeutycznej, od klasy 1A:

Z ELEMENTARZA ZDROWEJ KOMUNIKACJI: DLACZEGO HEJT JEST DZIKI I ZŁY?

Istnieje wiele argumentów, dlaczego przemoc werbalna nie jest wcale niewinna i uzasadniona, a nawet może zaszkodzić. Oto one:

1. Przemoc słowna jest wyrazem braku szacunku

Nie, „oni” (ktokolwiek zbiera cięgi) nie zasłużyli na te słowa-maczugi, na obelgi i przekleństwa! Z wielu powodów. Naczelny powód jest taki, że „oni” mają swoje przekonania i światopoglądy. I mają do nich prawo! Waląc w nich maczugą słowa, czyli przekleństwem, tych poglądów nie zmienisz. Nawet, jeśli Twoja maczuga wydaje Ci się w pełni adekwatnym do „winy” narzędziem. Przypominam, że ta „wina” ludzi obrzucanych obelgami – czyli raczonych przemocą – z reguły polega na… posiadaniu własnej opinii. Co więcej, czasem się zdarza, że wina polega na jeszcze straszniejszej zbrodni: wdrażaniu tych poglądów w życie. Może się to odbywać na poziomie prywatnym (mniej rażące), a czasem na poziomie szerszym, społecznym. Może się zdarzyć, że działanie w imię własnych poglądów oznacza „narzucanie” tych poglądów reszcie. Tak bywa w przypadku decyzji na skalę państwa. Niezależnie od tego, co o postępkach rządzących sądzimy, faktem jest, że mają oni swoje poglądy i mogą podejmować działania, będące tych poglądów wyrazem. Tak, to prawo każdego człowieka, niezależnie od tego, czy nam się to podoba czy nie. Uważasz prawo posiadania własnego zdania za święte? Uszanuj tę świętość także w przypadku innych.

2. Przemoc nie zmieni poglądów ofiary

Zasada „wet za wet”, znana skądinąd jako pradawny kodeks Hammurabiego, jest argumentem aktualnym (mimo że żyjemy w XXI wieku) i podejmowanym najczęściej w obronie własnego prawa do przemocy werbalnej. „Oni mi tak, to ja im tak samo!”, „a oni zaczęli!”, „już nic innego nie działa, nie ma innej metody na tych…” – to częste argumenty, stosowane ostatnio w debatach na Twitterach i Facebookach. Są one błędne i nieskuteczne. Bo jak inne metody nie zadziałały, to przemoc werbalna też nie zadziała. Bo dlaczego miałaby? Ktoś się przestraszy i przestanie robić to, z czym się nie zgadzamy? Ergo, przemoc to bicie kogoś z nadzieją, że to spowoduje u tego kogoś olśnienie. Tak się dzieje tylko przypadku syndromu sztokholmskiego.

3. Przemoc jest metodą ludzi słabych

Świadczy o słabości, powiedziałabym, duchowej, wobec wyzwań komunikacji. Nie dajemy rady znaleźć stosowne środki z poszanowaniem praw innych (np. prawa do nietykalności emocjonalnej), nie czujemy się na siłach być „ponad to”, nie potrafimy się zmierzyć z dyskusją na fakty? „Bach! Maczugą go!”.
Jeśli nie umiemy inaczej, a liczymy na skuteczność wulgaryzmów, że wybrzmią mocno, przekażą nasze stanowisko ze stosowną siłą, powiem tak: jest to metoda nie tylko nieskuteczna, ale i zwyczajnie nudna.

4. Maczugą, nie piórkiem

Przemoc słowna jest domeną bezradności, ale nie tej „dobrej”, którą sobie wyobrażamy, szastając obelgami (że niby „już nie mogę i wybaczcie, ale muszę przekląć”). W przeciwieństwie do tego, jak przemocowiec się usprawiedliwia, świadczy raczej o bezradności leksykalnej, filologicznej i kulturowej wobec spraw, z którymi się nie zgadzamy. Użycie przemocy oznacza, że nie potrafimy wyrazić swoich emocji w inny sposób. Że nie potrafimy korzystać z narzędzi, jakie stworzył język, retoryka, filozofia, socjologia, przez setki lat rozwoju społeczeństw. Nie potrafimy ubrać naszych zarzutów w finezyjną formę, która krótko i trafnie, bez trywialnego uderzania „przez łeb”, streści nasze zarzuty i cały ból. Przemoc werbalna w takim przypadku świadczy zatem o poważnych brakach kulturowych przemocowca. Tam gdzie nie umie piórem, a nawet piórkiem, taki ktoś po prostu „jedzie z bluzgiem”.

5. Syndrom stada

Użycie przemocy werbalnej świadczy o dość wstydliwym aspekcie naszej debaty publicznej. Tak wstydliwym, że nazwanie go po imieniu z reguły kończy rozmowę (osoba się obraża). Mowa o instynkcie stadnym, który odbiera jasność myślenia. Osoby, działające na poziomie stada, mają dwie cechy: poczucie racji + poczucie bezkarności. Ta brzydka rysa jest dziś immanentnym elementem debat w Internetach i występuje „w najlepszym towarzystwie”. To normalne zjawisko socjologiczne, co nie zmienia faktu, że uwłacza inteligencji. Polega na tym, że osoby dyskutujące, będące w przewadze (liczebnej) wzajemnie wzmacniają w sobie dobre samopoczucie i opinie na własny temat, jednocześnie piętnując i eliminując z dyskusji osoby inaczej myślące. Ego pęka z dumy, my siedzimy zadowoleni z siebie, ale to wszystko jest fikcja, bo nakręcając kółko adoracji, gubimy sprawiedliwe osądy, racjonalne argumenty, logikę i fakty. Działając w zbiorowym uniesieniu i poklepując po pleckach, nie jesteśmy w stanie rozpoznać, że rozmowa odbywa się wyłącznie na poziomie emocji. Co więcej, poparcie własnego stada sprawia, że w poczuciu bezkarności eliminujemy odmienne racje i posuwamy się w tym daleko poza dopuszczalne formy. Opozycja znika, my z satysfakcją (i klapkami na oczach) kisimy się we własnym sosie.
W ten sposób tworzą się „bańki informacyjne”, skądinąd szkodliwe dla zdrowej demokracji (to nie ja wymyśliłam, tylko socjologowie). Rozwinę tę myśl poniżej:

6. Hejt niszczy wolność wypowiedzi

Tu odzywa się nowoczesna socjologia i algorytmy internetu. Ostatnio dowiedziałam się, że pewna światowa organizacja zajęła się, w ramach przeciwdziałania przemocy i ochrony praw kobiet, przemocą w Internecie wobec kobiet, pełniących pewne konkretne funkcje publiczne (chodzi o jeden z zawodów zaufania publicznego). W ramach projektu bada się skalę problemu, fenomenologię, generalnie – jak wygląda nękanie online. Badacze ze słynnej instytucji podkreślili, że przemoc (wszelkie formy) w Internecie może zagrozić wolności mediów. Dlaczego? Bo osoby nękane zamykają się w sobie, ograniczają kontakty i wypowiedzi publiczne, „zamrażają” komunikację, czasem nawet w obawie o własne bezpieczeństwo lub zdrowie psychiczne rezygnują z zawodu. Jak stwierdzają eksperci, w następstwie prowadzi to do ograniczenia widoczności pewnych poglądów, a potem wypaczenia opinii w przestrzeni publicznej. Widoczne są wówczas tylko poglądy zwycięskiej „watahy”, a reszta, która ma inne opinie, chowa się po kątach. Czyli: nie widać prawdziwego obrazu opinii w społeczeństwie. Tak właśnie, podstępnie, niszczy się wolność wypowiedzi.
A przekładając na nasze stosunki: stosując przemoc, możemy doprowadzić nie tylko do konfliktu, ale też sprawić, że słabsza strona (słabsza w dyskusji i atakowana) zejdzie do podziemia. To nie oznacza wcale końca konfliktu – powoduje raczej jego bardzo niebezpieczną mutację.

NIE LEKCEWAŻ HEJTU, CZYLI SYNDROM „JUŻ JA CIĘ OŚWIECĘ”

Przemoc słowna przyjmuje wiele sprytnych masek. Najlepsze jest to, że my też – z całym szacunkiem dla wszystkich czytających – jesteśmy w hejterstwo wciągani. A przecież wcale nie chcemy być hejterami. Co więcej: wielu z nas stanowczo odrzuca posądzenia o hejt. Aby stworzyć bezpieczną przestrzeń dla własnej ekspresji, stosujemy rozmaite wykręty i zasłony dymne. „Cooo?! Ja wcale nie hejtuję! Ja tylko stwierdzam fakt”. „Punktuję błędy”. „Nie pozostaję obojętnym”. Albo „korzystam z wolności słowa, chyba jeszcze ją mam?!”. Generalnie: mój hejt jest „usprawiedliwiony”. Ale w ogóle to nie jest hejtem. To „słuszny gniew”, gdyż „nie wolno odwracać oczu w tak istotnej chwili…”. I tak dalej. To wszystko triki, aby móc bezkarnie stosować mowę nienawiści. Widzę je codziennie – w postaci „hard”, czyli w formie bezpośredniej agresji i obelg („idiota”, „cham”, „prostacka zagrywka”) i w postaci „soft”, kiedy hejt jest stosowany pod płaszczykiem dowcipu, przekomarzanek, ironii lub wszelkiego rodzaju pomostów, służących do ukrycia prawdziwych intencji hejtującego.
 
Jest jeszcze wersja soft-hard: pasywno-agresywna. Kiedy w pozornie zabawny sposób albo z pomocą eufemizmów wyrażamy dezaprobatę dla czyjegoś zdania. W tej przestrzeni dozwolone jest naprawdę wszystko, bo przecież „nikogo nie obrażam”, a odbiorca nie ma za bardzo ruchu, bo gdyby się obraził, mógłby być posądzony o zbytnią delikatność lub brak poczucia humoru. Przykłady mowy nienawiści w wersji soft-hard: „radzę zmienić lekarza”, „ooo, widzę, że kolega się przegrzał na słońcu”, albo „kiedyś byłeś fajnym facetem” (to ostatnie tylko pozornie troskliwe, a w istocie… sami wiecie). Bo przemoc to nie tylko obraźliwe słowa, ale też obraźliwe myśli. Brak szacunku dla oponenta, tego szacunku i przestrzeni dla drugiego człowieka, jaki należałoby ogrzewać w głębi duszy. Jest to najgłębsza i najbardziej jadowita skaza, jaka dziś istnieje między ludźmi.
 
Co do wersji soft (pozornie łagodniejszej). Każdy zna ikonkę śmiechu na FB – problem polega na tym, że nie jest ona używana do tego, do czego została stworzona. Zwykle oznacza „chłostę śmiechu”, a nie życzliwy, przyjazny, pokrzepiający śmiech. To ikonka szyderstwa, złości pod płaszczykiem „lżejszej” złośliwości. Taki śmiech rani. To śmiech pełen jadu i krytyki, ale nie tej wyrażonej wprost w twarz, lecz fałszywej i jeszcze bardziej szyderczej. Czysta trucizna.
 
Inną ciekawą odmianą przemocy pod płaszczykiem jest zabieg stosowany przez osoby, uznające się za nauczycieli, terapeutów personalnych czy lokalnych „mistrzów” duchowych. W przypadkach hejterski przekaz bywa czystą manipulacją pod pozorem oświeconego wywodu. A agresja słowna (wymierzona często ad personam w osoby obce i nie uczestniczące w dyskusji) stosowana jest niby celowo, w celu „obudzenia ludzi”, mocniejszego zakomunikowania potrzeby „duchowej przemiany” i „dostrzeżenia prawdy”. Jednak taki hejt nie różni się niczym, a jest nawet gorszy, niż ten wyrażony „na chama”, bezpośrednio. W takich przypadkach zawsze myślę o odpowiedzi, jakiej udzielił mi naprawdę mądry i uduchowiony człowiek na pytanie o stanowisko w pewnej ważnej społecznie sprawie: „Ścieżka xxx nie zajmuje się sprawami związanymi z naprawą tego świata oraz opowiadaniem się po jednej lub po drugiej stronie. Nie jest istotne to, czy dotyczy to xx czy innej formy walki lub protestu. Nasza ścieżka wychodzi z postawy miłości do wszystkich istot i z akceptacją wszystkiego co przynosi nam los. Płynie to ze świadomości, że tego świata naprawić się nie da i jedyne co zrobić możemy to naprawić siebie.”

JAK BYĆ LEPSZYM

Najtrudniej jest z hejtu otrzeźwieć. To najczęściej proces, który wymaga wieloletniej, ciężkiej pracy nad własnymi przyzwyczajeniami. Czujność, by nie myśleć automatycznie, a w myśleniu nie ześlizgiwać się na utarte tory oceniania i dyskwalifikowania. Nieustanna autokorekta, by nie niszczyć i działać konstruktywnie. Praca nad własnym poczuciem wyższości, która jest w istocie ćwiczeniem woli. Jogą mózgu. Czasem w takiej pracy przydają się sole trzeźwiące – dla mnie takim budzikiem są treści, wywiady, artykuły o przekazie pozytywnym. Kiedy widzę kogoś autentycznie pozytywnego (z naciskiem na „autentycznie”) – taka postawa zawstydza, naświetla moje własne wady, przynosi ukojenie i kierunek. Przychodzi jakby z innego, lepszego świata, leczy i naprawia. Czego sobie i Wam z całego serca życzę.
🌟

Podobał wam się ten artykuł? Tutaj znajdziecie więcej:

PODOBNE POSTY:

Nie rób NIC i ocal swoje ŻYCIE

Pochwała NIEDOSKONAŁOŚCI


NAJNOWSZE POSTY:

Byłam kanapą, czyli ETYCZNA MODA jest coraz BLIŻEJ!

SKROMNOŚĆ i NOWY LUKSUS: moda na czas ZMIANY ŚWIATA

Zmierzch WYSOKICH obcasów


URODA I PIELĘGNACJA:

6 NOWYCH KREMÓW, idealnych dla CERY W MIEŚCIE

Jak ukoić CERĘ WRAŻLIWĄ? To wam pomoże!


Drogie! Bądźcie ze mną na Facebooku, czyli TU… To dla mnie ważne, bo daję z siebie wiele i jeśli Wam się podoba to, co piszę, to będzie to znak, żebym tutaj była i trwała 🙂

Ta strona wykorzystuje pliki cookies.